Po pielgrzymce

Byłam na pielgrzymce z Warszawy do Ostrówka. W tym roku z powodu epidemii była nietypowa: bez noclegu, za to szliśmy nocą. Poszłam, żeby odzyskać wiarę. Tylko jedna noc i część dnia, a takie znaczące. Modliliśmy się dużo w ciszy i milczeniu, bo obowiązywała cisza nocna. To było początkowo ciężkie, bo pogrążałam się w smutnych, tchnących beznadzieją myślach, aż mnie głowa rozbolała. Ale potem było lepiej. Chyba znowu wierzę, ale teraz niczego do końca nie jestem pewna. Jeszcze kilka miesięcy temu byłam pewna mojej wiary, tego, ze Jezus jest blisko mnie i kocha mnie miłością gorącą i czułą, że mnie uzdrowił. Potem depresja wróciła i wszystko legło w gruzach. Poczułam się zraniona, oszukana. Ale przecież Jezus, taki, w jakiego wierzyłam, nie zrobiłby mi tego. Więc sama się zapewne oszukałam. Uległam złudzeniu. Tylko czego dotyczyło to złudzenie: czy mojego uzdrowienia, czy bliskości i miłości Jezusa czy w ogóle istnienia Boga? Z takimi pytaniami mierzyłam się kilka ostatnich miesięcy i mierzę się wciąż. Dzięki pielgrzymce, modlitwie i mam nadzieję, że działaniu łaski Bożej, zaczynam wierzyć na nowo. Teraz myślę, że żadnego uzdrowienia nie było, tylko naturalna poprawa, która z powodu zmiany sytuacji (epidemia) załamała się. Po prostu zmiany chemiczne w mózgu spowodowane spiętrzeniem stresu i wyczerpaniem psychicznym. W sumie to powinnam być wdzięczna, że rok byłam bez leków i czułam się dobrze. Muszę przyznać, ze czuję się upokorzona powrotem depresji, koniecznością brania leków, ale z drugiej strony cóż mi pozostaje niż się z tym pogodzić. I jeśli Bóg istnieje, jeśli Jezus jest blisko  i mnie kocha, to na wszystko się zgadzam i oddaję Mu swoje życie. Niestety wciąż pozostaje to „jeśli”, ale mam nadzieję, że z tego powodu Bóg mnie nie odrzuci. Amen

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przejdź do paska narzędzi