Pocieszenie

Dzisiaj ryczałam na mszy . Odreagowywałam wczorajszą terapię rodzinną. Nawet nie wiem dlaczego te łzy się polały. Ale przeżywałam intensywną mieszaninę smutku, żalu, złości, lęku i jeszcze czegoś. Płakałam oczywiście bezgłośnie, tylko łzy lały mi się po twarzy. I kiedy przyszedł czas na kazanie, ksiądz zaczął mówić do mnie. Bardzo pragnął mnie pocieszyć. Oczywiście nie wskazał mnie palcem i nie powiedział, że mówi do tej pani z piątej ławki po lewej, ale jestem pewna, że zauważył mój stan i na niego zareagował. Mówił, że zadaniem prezbitera jest nieść pocieszenie, które płynie z miłości Boga. Wiele razy mówił, że Bóg mnie kocha. Wymieniał różne możliwe przyczyny smutku, a kiedy schowałam twarz w dłoniach, polecił żeby podnieść oczy i patrzeć na Jezusa na krzyżu. Mówił, że Jezus chce przyjść do kruchości ludzkiego życia i jeszcze wiele innych rzeczy, których już nie pamiętam. Usilnie chciał mnie pocieszyć. Byłam tym zawstydzona, że ktoś na mnie zwraca uwagę i angażuje się w mojej sprawie, tym bardziej że w sumie nie wiedziałam o co tak na prawdę płaczę. Wstydziłam się też swojego smutku, podczas gdy tak usilnie jestem zapewniana o Bożej miłości. Odbierałam też to pocieszanie jako pochodzące od Boga. Ale napięcie puściło dopiero po komunii św., kiedy przyszła mi  myśl, że Jezus jest zazdrosny o mnie, że pragnie, abym to Jemu zaufała, a ten smutek był efektem mojego szukania oparcia gdzie indziej.

Jezu, ja kocham Ciebie a Ty kochasz mnie. Jezu, pragnę Ci mocno zaufać i proszę Cię o tą łaskę. Amen

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przejdź do paska narzędzi